sobota, 24 czerwca 2017

38. "Początek wszystkiego" - Robyn Schneider




Ocena: 8/10
Autor: Robyn Schneider
Wydawnictwo: Moondrive (Otwarte)
Oprawa: miękka
 Liczba stron: 317
Rok wydania: 2017



Dziś będzie nietypowo. Niezwykłe rzadko czytuję młodzieżówki i przeważnie dzieje się tak, że kiedy jakaś pozycja z tego gatunku trafi jakimś cudem w moje ręce, kończy się to nie najlepiej. I dla mnie, i dla niej. Jednak tak często pytacie mnie o dobre pozycje z tego gatunku, a ja za każdym razem mam ogromny problem z ich poleceniem... Dlatego też, kiedy wydawnictwo Moondrive zwróciło się do mnie z propozycją zrecenzowania dla nich młodzieżówki właśnie, postanowiłam zaryzykować. Po pierwsze: to niezłe wydawnictwo i łudziłam się, że nie zdecydowało się na wydanie jakiegoś koszmarku. Po drugie: ta cudnie nastrojowa okładka (tak, pamiętam: nie oceniaj książki po okładce). Po trzecie: fabuła - naprawdę mnie zainteresowała.

I takim oto sposobem w mojej biblioteczce znalazł się "Początek wszystkiego" autorstwa Robyn Schneider, o której to pozycji troszkę Wam opowiem :)





BOHATEROWIE

Jako, że jest to książka dla młodzieży, to właśnie oni są bohaterami tej powieści. Mamy tutaj siedemnastoletniego Ezrę Faulknera, szkolnego księcia. Przystojniaka grającego w szkolnej reprezentacji tenisa (gry dla inteligentów, nie spoconych osiłków), zmieniającego dziewczyny jak rękawiczki. Co ujęło mnie w tym chłopaku, to jego inteligencja, a przede wszystkim wrażliwość, która widoczna jest praktycznie od pierwszej strony powieści. Teoretycznie ten rodzaj bohatera powinien mnie irytować. W tym przypadku jednak od początku poczułam do niego wyjątkową sympatię.
Jest też i miejsce na postać zgoła inną, a jest nią bez wątpienia Cassidy Thorpe, rówieśnica Ezry, która pewnego dnia niespodziewanie pojawia się w szkole. Dziewczyna zakochana w książkach, życiu, podróżująca po świecie i... grająca na gitarze. Outsiderka o nieprzeciętnej inteligencji i niebanalnym charakterze. Między tą dwójką po prostu musiało zaiskrzyć.

FABUŁA

Jest to historia miłosna dwójki nastolatków, niech Was jednak nie zwiedzie ten opis. Nie ma w niej bowiem nic typowego i banalnego. To historia trudnej relacji, historia dojrzewania, przemiany, poszukiwania siebie, zmierzania się z własnymi słabościami. To także lekcja godzenia się z bólem po utracie kogoś niezwykle bliskiego.
Kiedy pewnego dnia na drodze Ezry staje Cassidy, czujemy, że ich początkowa wzajemna niechęć jest początkiem fascynującej relacji. Nie zawiedziemy się. Dziewczyna staje się bowiem zapalnikiem do zmian, jakie zajdą w szkolnym Casanovie, buntującym się przeciwko sytuacji, środowisku, które go ograniczają: paczka znajomych, szkolnych gwiazd, do których wbrew sobie "przyrósł", małe, nieciekawe miasteczko, aż w końcu kalectwo, które sprawia, iż z dnia na dzień zostaje zdegradowany ze statusu gwiazdy, do outsidera. Wreszcie sama Cassidy, pozornie radosna nastolatka, w rzeczywistości borykająca się z bólem po utracie, z którym nie potrafi sobie poradzić. Uwierzcie, w tej historii nie ma nic z wydumanych nastoletnich problemów, o których czytamy w większości młodzieżówek.

PODSUMOWANIE

Po początkowym sceptycyzmie niewiele zostało już w momencie przeczytania pierwszego rozdziału. Dalej było jeszcze lepiej. Przyznam się Wam nawet do tego, że przy zakończeniu uroniłam łzę. Czytając młodzieżówkę! Nie do wiary. Stąd moja wysoka ocena. Jestem po trzydziestce, a tę powieść praktycznie "połknęłam".

Teraz, kiedy jestem świeżo po jej lekturze, mogę szczerze napisać: jestem pod wrażeniem. Gdybym miała nastoletnie dziecko, chciałabym, by czytało właśnie tego typu książki  (oczywiście, kiedy tylko skończy czytać klasycznych autorów :D). Po prostu mądre i wartościowe. Dziś z zachwytem odkryłam, że istnieją i takie, za co gorąco dziękuję Robyn Schneider.




W życiu wszystko ma swój cel. Czasem tragiczne zdarzenie uświadamia nam, jak kruche jest życie. Czasem zdarzenie to staje się początkiem nowej historii. Początkiem wszystkiego...

Ogromnie Wam polecam tę pozycję.

Wasza Margot


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Moondrive.

poniedziałek, 22 maja 2017

37. "Dwie sekundy przed cudem" - Agnes Ledig




Ocena: 9/10
Autor: Agnes Ledig
Wydawnictwo: Andromeda
Oprawa: miękka
 Liczba stron: 319
Rok wydania: 2017



"Nie opuszczaj rąk, bo możesz to zrobić na dwie sekundy przed cudem" - tak mówi arabskie przysłowie, które jest mottem przewodnim tej absolutnie przepięknej powieści autorstwa Agnes Ledig, nowej gwiazdy francuskiej literatury. Skromnej położnej, która nigdy nie myślała o tym, by zostać pisarką.


Książkę skończyłam czytać dosłownie przed chwilą, dlatego korzystając z tego, że przeżywam ją jeszcze na świeżo, biorę się za recenzję.

Kocham literaturę francuską, zarówno klasykę, jak i tę współczesną. Kocham to nieuchwytne "coś", które w niej wyłapuję, wolno toczącą się akcję, emocje, niedomówienia.
Kiedy zaproponowano mi zrecenzowanie "Dwóch sekund przed cudem" przyznam, że zdecydowałam się od razu. Raz, że to bestseller na francuskim rynku wydawniczym, a dwa, że autorkę porównuje się do mojej ukochanej Anny Gavaldy, której książki ubóstwiam! Nie spodziewałam się jednak aż tak dobrego kawałka literatury! Powieść złapała mnie za serce i nie puściła do samego końca. I chociaż historia w niej opowiedziana jest może ciut nierealna, to z całą pewnością się w niej zakochacie. To balsam na największy smutek, powieść - terapia :)






Przyznam, że ciężko jest mi pisać o tej powieści, ponieważ nie sposób opowiedzieć o niej w kilku zdaniach, tak po prostu streścić fabułę. Za dużo tutaj uczuć i całego wachlarza emocji. Nie chcę też zdradzić Wam przełomowego zdarzenia, które sprawia, że momentami tak trudno powstrzymać łzy. Dlatego tym razem spróbuję napisać o książce troszkę inaczej :)


Bohaterowie: Julie, dwudziestoletnia kasjerka, samotna matka. Paul, pięćdziesięciodwuletni rozwodnik, którego po trzydziestu latach opuściła żona.

Miejsce akcji: Sklep. On podchodzi z zakupami do kasy obsługiwanej właśnie przez nią. Cóż, nie jest to bynajmniej romantyczna okoliczność. I tych dwojga nie połączy żadna romantyczna relacja, bo pewnie tego oczekiwaliście. Jednak to zdarzenie zmieni ich całe życie. A to za sprawą jednej łzy.

Pozostali bohaterowie powieści: Jeremie, trzydziestoletni wdowiec, syn Paula. Caroline, nieśmiała, początkująca lekarka. Romain, fizjoterapeuta o niezwykłej wrażliwości.

Główna bohaterka: MIŁOŚĆ. A jednak! Bohaterką tej niezwykłej powieści jest bez wątpienia miłość. Miłość wyrozumiała, zrównoważona, bez fajerwerków cechujących nastoletnie zauroczenie. Miłość braterska. Opiekuńcza. Miłość, która rodzi się z bólu. Miłość do człowieka. Miłość do życia.


To piękna historia, niezwykle klimatyczna, uświadamiająca coś, co jest mi wyjątkowo bliskie, a mianowicie konieczność łapania każdej chwili i dostrzegania piękna w małych, drobnych rzeczach. Być może brzmi to pompatycznie, jednak nic z tych rzeczy. To lekka w odbiorze, choć bolesna historia, której zakończenie daje nadzieję na to, że każda, nawet największa życiowa tragedia nie załamie nas, a wręcz przeciwnie, da nam siłę do stawienia jej czoła. Bo przecież życie toczy się dalej. I my nadal żyjemy. Zaś obowiązkiem naszym jest wykorzystać każdy moment, który został nam dany.


"W tej książce jest historia, która potrafi wyleczyć z największego bólu. Opowieść, która może uskrzydlić Twoje życie. Fabuła, którą jedno dobre serce dzieli się z innymi. Dotkniesz życia od jego najpiękniejszej strony, choć to nie znaczy, że unikniesz łez".


Bardzo lubię ten cytat z okładki, ponieważ idealnie obrazuje moje uczucia względem tej powieści. Nie potrafię wyrazić tego, jak cudownie było móc spędzić te dwa dni z jej bohaterami i jak bardzo się z nimi związałam...

Dlatego ogromnie polecam Wam "Dwie sekundy przed cudem" Agnes Ledig, kobiety, dla której pisanie tej powieści miało być terapią, kiedy jej synek zachorował na białaczkę. Tymczasem uleczyła nie tylko swoje serce, ale i tysiące innych.

Absolutnie cudowna pozycja ! 

Wasza Margot



Za egzemplarz recenzencki dziękuję


niedziela, 30 kwietnia 2017

36. "Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii" - Berenika Lenard, Piotr Mikołajczak




Ocena: 9/10
Autor: Berenika Lenard, Piotr Mikołajczak
Wydawnictwo: Otwarte
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
 Liczba stron: 256
Rok wydania: 2017



Dziś pędzę do Was z książką, na którą bardzo czekałam, przeczuwając, że przez długi czas o niej nie zapomnę. Rzadko zdarza mi się aż tak intuicyjnie podchodzić do jakiejś pozycji, ale w tym przypadku mój "szósty" zmysł mnie nie zawiódł.
Książkę skończyłam czytać wczoraj i nie mogłam z jej powodu zasnąć. Raz, że miałam w głowie natłok myśli, próbowałam wyszczególnić to, co zawrę w recenzji (z czego i tak nic nie wyszło), a dwa - w ciągu całej lektury odbierałam tę książkę tak osobiście, tak ją przeżywałam, że po jej zakończeniu nie mogłam wyjść z oszołomienia.

Przedstawiam Wam "Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii" Bereniki Lenard i Piotra Mikołakczaka. Reportaż niezwykły.





Może najpierw zacznę od przedstawienia dwójki autorów, bo doprawdy są to ludzie niezwykli.
Dziennikarze i autorzy bloga "IceStory" (klik), początkowo przez kilka lat zamieszkiwali Północ osobno. Berenika na Islandii, Piotr w Norwegii. Poznali się dzięki Instagramowi i wymianie spostrzeżeń na temat Skandynawii, które zaowocowały w 2015 roku zamieszkaniem na Islandii... już razem :)

Przyznam, iż początkowo spodziewałam się typowego reportażu o pięknym skandynawskim kraju, pełnym zapierających dech w piersi surowych pejzażach, widoków zorzy polarnej, ostrym i przenikliwym klimacie, który ocieplają przesympatyczni mieszkańcy tego pacyficznego przecież kraju. Jednak już od pierwszych stron zorientowałam się, że nie, nie tym razem. Nie przeczytam tu o fikka, hygge, skandynawskim stylu aranżacji wnętrz, zwyczajach, tradycjach i świętach, nie znajdę także przepisów na klasyczne islandzkie potrawy. To pozycja zupełnie inna niż te, z którymi mieliśmy dotychczas do czynienia w związku z wszechobecną modą na wszystko, co kojarzy się ze Skandynawią.

Nie ulega wątpliwości fakt, iż Islandia wiele oferuje. Wiele jednak wymaga od osób, które ją zamieszkują, odwiedzają. Jeszcze kilka dni temu byłam pewna, że kraj ten będzie tym, który niebawem odwiedzę. Uwielbiam podróżować, stawiać sobie podróżnicze cele i je realizować. Teraz wiem, że do podróży na Islandię trzeba dojrzeć.

Kraj ten jest obecnie oblegany przez turystów, co oczywiście sprawia, iż coraz więcej mieszkańców znajduje pracę (turystyka to najprężniej rozwijająca się gałąź gospodarki Islandii), jednak znacznie przyczynia się także do dewastacji skarbów natury. Jeszcze do niedawna Islandia była ziemią niemalże dziewiczą, nieodkrytą. W tej chwili turyści zadeptują praktycznie każdy skrawek tego przepięknego państwa, nie respektując zasad, których każdy odwiedzający powinien bezwzględnie przestrzegać (już na lotniskach spotkamy się z informacjami na ten temat). I co z tego? Puszki po napojach, gumy do żucia naklejone gdzie się da, reklamówki, zużyte opakowania to jeszcze nic. Turyści nie robią sobie nic z zakazów niewkraczania na konkretne tereny, często chronione. Zdarzają się również kradzieże - Islandczycy rzadko zamykają drzwi swoich mieszkań, co skrupulatnie bywa wykorzystywane przez obcokrajowców...

Trzeba wspomnieć także o niebotycznych, z naszego punktu widzenia, cenach, które w tym kraju obowiązują, a także skutkach kryzysu finansowego, który nawiedził Islandię w 2008 roku, odczuwalnych po dziś dzień. Niektórzy prognozują nawet, iż kolejny czeka mieszkańców już w niedalekim czasie.

Autorzy nie przedstawiają jednak wyłącznie mrocznego i pesymistycznego wizerunku Islandii, czego można się spodziewać po moim dotychczasowym opisie. Wręcz przeciwnie! Opisują oni przede wszystkim niezwykłe historie opuszczonych miejsc, które porozsiewane są po całym obszarze, od północy aż po południe. Miejsc z duszą, w których skrywane są ludzkie losy, nierzadko dyktowane przez kataklizmy, tak często nawiedzające Islandię. I to właśnie jest założeniem tej książki :)

Na koniec muszę Wam wspomnieć o PRZEPIĘKNYM języku literackim, niezwykle poetyckich opisach, które miałam ochotę wciąż i wciąż zapisywać.
Już dawno nie delektowałam się w taki sposób literaturą, tym bardziej reportażem.



Islandia jest melancholijna, jest mroczna. Poraża surową urodą. Miłość do niej jest trudna, wymaga szacunku. Jednak, jeśli już ją pokochasz, znajdziesz swoje miejsce na ziemi.





Gorąco polecam Wam tę wspaniałą pozycję. Wyjątkową pod każdym względem. Jedno jest pewne: jeszcze długo o niej nie zapomnę.

Wasza Margot



Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Otwarte.





piątek, 3 lutego 2017

35. "Szeptucha" - Katarzyna Berenika Miszczuk





Witajcie Kochani!


Dziś pędzę do Was z... bajką dla dorosłych. Książką, która, przyznaję, oczarowała mnie i sprawiła, że poczułam się znowu jak dziecko. Magia, czary, zielarki, rusałki, wąpierze i wielka miłość - to po prostu musiało się spodobać. Przedstawiam Wam moje ostatnie odkrycie, "Szeptuchę" Katarzyny Bereniki Miszczuk.

"Szeptucha" trafiła do mnie zupełnie przypadkowo. Wcześniej wielokrotnie mój wzrok zatrzymywał się na tej dziewczynie z warkoczem przewiązanym różową wstążką. Opis fabuły z jednej strony zachęcał, a z drugiej, jako że nie przepadam  za gatunkiem, jakim jest fantastyka, odrzucał. Bałam się, że książka absolutnie nie przypadnie mi do gustu, a że książki nabywam wyłącznie drogą kupna, wyrzucę pieniądze w błoto (bo to raz?).

Któregoś dnia Wydawnictwo W.A.B zaproponowało mi do zrecenzowania pewną książkę, do której dodatkiem miała być "Noc Kupały" (kontynuacja "Szeptuchy"). Pomyślałam sobie, że czemu nie? Wprawdzie nie planowałam zakupu, ale książkę znam, jest bestsellerem, więc dlaczego nie przeczytać, jeśli mam okazję? Niestety, jak się okazało, nie mogę przeczytać "Nocy Kupały" nie znając "Szeptuchy", dlatego nieśmiało poprosiłam wydawnictwo o ewentualne dosłanie pierwszej książki. Takim oto sposobem stałam się dumną posiadaczką pierwszej części cyklu Kwiat paproci autorstwa Katarzyny Bereniki Miszczuk :)

Ale rozgadałam się, a tu pora przejść do sedna, czyli niezwykle klimatycznej fabuły, która tak mnie oczarowała :)




Zastanawialiście się kiedyś, co by było gdyby? Założę się, że wielokrotnie. Spróbujcie więc wyobrazić sobie, co by było, gdyby Mieszko I nie przyjął chrztu. Albo nie! Czekajcie! Najlepiej od razu zabierzcie się za "Szeptuchę", bowiem jej autorka, posiadająca z całą pewnością niezwykle bogatą wyobraźnię, cudownie zobrazowała współczesny, pogański kraj Piastów. I tak oto przenosimy się w magiczny klimat Gór Świętokrzyskich, towarzysząc głównej bohaterce, Gosi, a dokładnie Gosławie Brzózce, twardo stąpającej po ziemi warszawiance, dwudziestoczteroletniej lekarce (lekkiej hipochondryczce), która, ku swojej wielkiej rozpaczy, zostaje wysłana na prowincję, by zdobyć obowiązkową praktykę u tutejszej szeptuchy. Gosia, jak na typowego mieszczucha przystało, nie znosi nadmiernego kontaktu z dziką przyrodą, wszechobecnej wiary w bogów, okolicznych wierzeń i przesądów, a akceptuje jedynie to, co można w realny sposób wytłumaczyć. Co jednak skłania ją do zmiany poglądów? A przede wszystkim, kim jest tajemniczy Mieszko, który łamie serca okolicznym mieszkankom i samej Gosi? I co, u licha, ma z tym wszystkim wspólnego legendarny kwiat paproci, który zakwita raz na ponad tysiąc lat? Ale ciiiii... Nie napiszę Wam na ten temat ani słowa więcej :)

Przeczytajcie sami! :)

Przyznam, że spotykałam się z różnymi opiniami na temat "Szeptuchy". Może pamiętacie, że pytałam Was na instagramie, czy tę książkę polecacie. Zdecydowana większość gorąco mi tę pozycję polecała. Pojawiały się jednak pojedyncze krytyczne głosy i to od osób, których gust czytelniczy jest bardzo zbliżony do mojego, przyznam więc, że miałam stracha. Na szczęście cudownie pozytywnie się rozczarowałam! :)

Jeśli szukacie odskoczni od codziennego realizmu, jeśli szukacie nieco lżejszej lektury niż te czytane na co dzień (tak było w moim przypadku), a przede wszystkim macie w sobie duszę dziecka i z ochotą zanurzycie się w baśniowy świat, "Szeptucha" Katarzyny Miszczuk jest dla Was :) Zdecydowanie! 

Każdemu z nas przyda się od czasu do czasu trochę magii, prawda? :)

Ja tymczasem uciekam i zabieram się za kontynuację "Szeptuchy" - "Noc Kupały".
Z niecierpliwością czekam także na trzeci tom serii Kwiat paproci - "Żercę".


Wasza Margot


Ocena: 8/10
Autor: Katarzyna Berenika Miszczuk
Wydawnictwo: W.A.B/ GW Foksal
Oprawa: miękka
 Liczba stron: 416
Rok wydania: 2016


Za egzemplarz recenzencki dziękuję


sobota, 28 stycznia 2017

34. "Dziewczyna, którą kochałeś" - Jojo Moyes




Witajcie Kochani!

Ta recenzja miała pojawić się jakiś czas temu, jednak kilka spraw pokrzyżowało mi plany. W każdym razie wracam i już dzielę się z Wami moja opinią na temat książki niespodzianki od wydawnictwa Znak (Między Słowami). Zastrzegam jednak, że nie z powodu faktu, iż książka była miłym podarunkiem jestem nią tak zauroczona :)

No cóż, już troszkę Wam zdradziłam...




Jak wspomniałam, "Dziewczyna, którą kochałeś" była dla mnie totalnym zaskoczeniem. Trafiła do mnie przed Świętami, przepięknie zapakowana, przewiązana różową kokardą, z dołączonymi do niej tęczowymi kredkami i przepysznymi czekoladkami. Tak więc pierwsze wrażenie było spektakularne. 

Przyznaję, że mam pewną słabość do książek autorstwa Jojo Moyes. "Zanim się pojawiłeś" i "Kiedy odszedłeś" czytało mi się wyśmienicie, jednak "Dziewczyna, którą kochałeś" w żaden sposób nie przypominała poprzednich książek autorki. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy na łamach tej pozycji przeniosłam się w czasy... I wojny światowej! Ale po kolei.

Dziewczyna o olśniewającej urodzie i głodzie życia, którą była Sophie, odeszła. Bajka się skończyła. Wybuchła wojna. Niegdyś u boku męża malarza, mieszkająca w artystycznym Paryżu. Teraz walczy o przetrwanie w małym francuskim miasteczku, prowadząc restaurację i utrzymując siostrę, brata i dzieci, tęskniąc rozpaczliwie za ukochanym. Z powodu ogromnej miłości do męża, zawiera tragiczną w skutkach transakcję i... jej historia się urywa...

... a my przenosimy się do czasów współczesnych i poznajemy Liv, naszą nową główną bohaterkę, której historia przeplata się z losami Sophie za sprawą pewnego tajemniczego obrazu - Dziewczyny, którą kochałeś. Życie nie oszczędza Liv, która po stracie wielkiej miłości, próbuje odzyskać równowagę, co nie do końca się jej udaje (czujecie tutaj pióro Moyes?). Nagle, za sprawą pewnego mężczyzny, niespodziewanie pojawiającego się w jej życiu, na barki Liv spada poważny problem, który wydaje się nie do pokonania, Jednak wbrew nadziejom na zwycięstwo postanawia się z nim zmierzyć, za wszelką cenę. Czy podoła? Czy poświęci uczucie, co wydaje się nieuniknione? Sprawdźcie :)




Nic więcej na temat fabuły Wam nie zdradzę, ponieważ jest ona niezwykle smakowita. Nie chcę zepsuć niewątpliwej przyjemności, jaką odczujecie czytając tę pozycję. Przyznaję, że z jej przyczyny pochłonęłam książkę w ciągu dwóch dni, co od pewnego czasu mi się nie zdarza (no cóż, brak czasu...).

Jojo Moyes i jej "Dziewczyna, którą kochałeś" to nowa kategoria literatury kobiecej, literatury romantycznej. To nie puste, cukierkowe postaci i ich wydumane perypetie, a niezwykle złożone osobowości z realnymi problemami i dramatycznymi zdarzeniami, które na nie spadają, a ich historie, co istotne, nie zawsze kończą się happy endem. Jeśli jednak porównamy pozostałe powieści Moyes (wbrew pozorom "Dziewczyna, którą kochałeś" nie jest najnowszą powieścią autorki, ukazała się bowiem na brytyjskim rynku już pięć lat temu!) z "Dziewczyną", możemy doznać niemałego szoku, gdyż nie przypomina ona absolutnie żadnej z nich. Nie popadajcie jednak w przerażenie, to wyszło jej na dobre, a my czytając tę powieść nadal czuć będziemy pióro cudnej Moyes, choć w całkowicie innej odsłonie.

Polecam Wam gorąco "Dziewczynę, którą kochałeś" :) To moje trzecie spotkanie z autorką i jak na razie ulubione. Pozycja idealna na długie, zimowe wieczory.

A jakie są Wasze wrażenia? Wolicie poprzednie książki Jojo Moyes, czy jednak, podobnie jak w moim przypadku, ta zrobiła na Was najlepsze wrażenie? Dajcie znać :)


Wasza Margot


Ocena: 8/10
Autor: Jojo Moyes
Wydawnictwo: Znak (Między Słowami)
Oprawa: miękka
 Liczba stron: 512
Rok wydania: 2017

Za egzemplarz recenzencki dziękuję 






piątek, 13 stycznia 2017

33. "Hygge. Klucz do szczęścia" - Meik Wiking




Witajcie Kochani!

Pojawiam się dziś z recenzją dotyczącą chyba najpopularniejszej obecnie książki, niekwestionowanej "królowej Instagrama". A mowa o "Hygge. Klucz do szczęścia" - Meika Wikinga.

Wiecie, że sceptycznie podchodzę to takich "krzykliwych" bestsellerów, które wyskakują mi z lodówki, ale kierowana ciekawością książkoholika postanowiłam sprawdzić, co też to za dziwo.

Oczywiście swój egzemplarz kupiłam, bo przecież mam jedynie ponad osiemdziesiąt książek do przeczytania, więc co tam kolejna! Ale do rzeczy.




Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to minimalistyczna, prześliczna okładka, taka bardzo w moim stylu. Następnym zaskoczeniem był format książki. A właściwie książeczki, bo to doprawdy pozycja malutka, jak na współczesne standardy (znacie "Małe życie" Hanyi Yanagihara?), taka do torebki, pod poduszkę. Taka w stylu 'hygge' - wydawca dokładnie wiedział, co robi.

Kiedy już pozachwycałam się okładką (to mój fetysz), nadeszła pora na otwarcie tego małego cudeńka. I tutaj sytuacja wyglądała dokładnie tak samo - wnętrze równie doskonałe, przywodzące na myśl bajkę z dzieciństwa. Nie uświadczycie tutaj kredowego papieru, za to lekko chropowaty o oszałamiającym zapachu nowej książki. CUDOWNOŚCI!

Wszakże nie samą stroną wizualną książka żyje, pewnie ciekawi jesteście, czy równie interesująco prezentuje się treść książki. Mam z nią mały problem, ponieważ, jak już wspomniałam na Instagramie, nie przeczytałam w niej o niczym odkrywczym, na dodatek w trakcie lektury miałam nieodparte wrażenie, że u każdego z nas, moli książkowych, 'hygge' płynie w krwiobiegu. Kochamy czytać przy ciepłym świetle, opatuleni w koc, z kubkiem herbaty czy kawy w ręce, słuchając deszczu bębniącego o szybę. Lubimy zapalić świece, włączyć nastrojową muzykę, delektować się chwilą. Czekamy przez cały rok na wyjątkowy klimat Świąt Bożego Narodzenia, kiedy to spotykamy się z najbliższymi, a czas płynie leniwie. Nie umieliśmy tylko nazwać tego stanu do momentu, w którym pojawiła się duńska moda na 'hygge'.




'Hygge' nie ma jednoznacznej definicji. Autor tłumaczy, iż słowo to pochodzi od słowa "hyggja", które w staronordyjskim języku oznaczało "myśleć", "czuć się zadowolonym", a przywodziło na myśl poczucie bezpieczeństwa, odpoczynek, nabieranie energii. Można więc przyjąć, że 'hygge' oznacza właśnie cieszenie się tymi ulotnymi chwilami, które dają nam prawdziwe szczęście. Co ciekawe i istotne w dobie nieskończonego konsumpcjonizmu, stan 'hygge' to jego kompletne przeciwieństwo. Nowy, wygodny i najmodniejszy (czyli obowiązkowo w odcieniu bieli) fotel nie jest 'hygge'. Jest nim stary fotel odziedziczony po dziadku, w któym w dzieciństwie czytał nam bajki, a teraz my czytamy w nim naszym dzieciom. To właśnie jest kwintesencja 'hygge'.

To wszystko brzmi znajomo, prawda? No własnie. I o tym, o czym być może doskonale wiemy, jednak na chwilę zapomnieliśmy, jest właśnie ta książka. I dlatego tak mnie urzekła. Dobrze mieć ją pod ręką i kiedy stracimy cały dzień na buszowanie po sklepach w okresie wyprzedaży, bądź damy się zwariować nieciekawej sytuacji w pracy, otworzyć ją na losowo wybranej stronie i uzmysłowić sobie, jakie to wszystko jest mało ważne i jak wielką szkodą jest tracić tak cenny dla nas czas na kwestie tak nieistotne.

Zatrzymajmy się na chwilę, usiądźmy w fotelu i wsłuchajmy w ciszę z kubkiem gorącego kakao w ręce :)

"Hygge. Klucz do szczęścia" Meika Wikinga polecam Wam serdecznie :)

Wasza Margot

Ocena: 8/10
Autor: Meik Wiking
Wydawnictwo: Czarna Owca
Oprawa: twarda
 Liczba stron: 288
Rok wydania: 2016




sobota, 31 grudnia 2016

32. Czytelnicze podsumowanie roku 2016

Kochani,
dawno tutaj nie zaglądałam. Przytłoczył mnie ogrom pracy, a że zawodowo zajmuję się pisaniem, brakowało mi już chęci i energii, by pisać jeszcze tutaj. Jednak cały czas byłam aktywna na moim instagramowym profilu, który jest tym podstawowym medium społecznościowym służącym do kontaktowania się z Wami, rozmawiania o książkach i polecania tych, które zrobiły na mnie pozytywne wrażenie :-)
Ostatnio zostałam poproszona o przygotowanie czytelniczego podsumowania roku i stwierdziłam, że post taki będzie świetną okazją do powrotu na bloga, do czego od pewnego czasu się przygotowywałam :-)
Muszę z przykrością stwierdzić, iż 2016 rok nie należał do wyjątkowo udanych pod względem wartościowych lektur. Przeczytałam 52. książki, co jest z pewnością najgorszym wynikiem od lat, a książki, które w padały mi w ręce pozostawiały wiele do życzenia. Jednak znalazły się wśród nich prawdziwe perełki, takie, które zapamiętam na zawsze i skutecznie zrekompensowały mi one bardzo średnie wrażenia po przeczytaniu pozostałych.
Przejdę więc do sedna. Oto przed Wami...
CZYTELNICZE PODSUMOWANIE ROKU 2016
Utworzyłam ranking 10. książek, które zdecydowanie warto przeczytać, zaś pierwsza trójka to prawdziwy majstersztyk - pozycje absolutnie fantastyczne, które, nawet gdybym brała pod uwagę ostatnie dwa, trzy czytelnicze lata, z pewnością zachowałyby miejsca na podium. Tak więc, po kolei:
10. "Jak przestać się martwić i zacząć żyć" - Dale Carnegie, Wydawnictwo Studio Emka


Mimo że w zasadzie nie czytam poradników, ta kultowa pozycja wpadła mi w ręce w 2016 roku i zapewne pozostanie w nich na zawsze. Mały format zaś sprawia, że zawszę mam ją przy sobie. Nie żartuję :-)
9. "Kolonia Marusia" - Sylwia Zientek, Wydawnictwo W.A.B.
To pozycja, która dołączyła do rankingu rzutem na taśmę, ponieważ skończyłam ją czytać raptem dzisiaj, jednak nie mogłam sobie wyobrazić lepszego zwieńczenia roku. To niezwykle przejmująca historia rzezi na Wołyniu, której trauma prześladuje kolejne pokolenia kobiet, odbijając swe piętno na ich wzajemnych relacjach.
Uwaga: autorka opisuje swoje własne doświadczenia i emocje, związane z jej relacją z matką. Będzie bolało.
8. "Idealna" Magdalena Stachula, Wydawnictwo Znak

Książka hit. Książka wyzwanie, które podjęłam za namową wydawnictwa. Przegrałam z kretesem. W razie, gdyby nie przypadła mi do gustu, w ramach rekompensaty za stracony czas, miałam otrzymać od wydawnictwa czekoladę. Pochłonęłam ją w dwa dni. A czekoladę... i tak dostałam :-) Za to właśnie kocham wydawnictwo Znak i nie jest to żadna reklama. Po prostu ich książki rzadko zawodzą, a ta jest wyjątkowa :-)  Świetny debiut!
7. "Nic zwyczajnego" - Michał Rusinek, Wydawnictwo Literackie
Co tu dużo pisać? Pozycja absolutnie wspaniała. Nie może być inaczej, kiedy za główną bohaterkę posłużyła sama Wisława Szymborska, a relacje z tą niebanalną postacią obserwował i opisał jej własny "sekretarz" (jak zwykła go nazywać W.S), Michał Rusinek. Wylałam przy tej książce morze łez. Ze wzruszenia... i ze śmiechu!
6. "Zanim się pojawiłeś" - Jojo Moyes, Wydawnictwo Świat Książki

"Zanim się pojawiłeś" autorstwa Jojo Moyes - tytuł, który zna chyba każdy, absolutny przebój czytelniczy i kinowy 2016 roku. Nie zwykłam czytać tego typu powieści, jednak nie przeczę, że ta książka ze względu na Wasze zachwyty, długo mnie kusiła. I jak prawdziwy mol książkowy, w końcu uległam. Nie żałuję. I choć kontynuacja "Kiedy odszedłeś" nie budziła aż tak intensywnych emocji, również gorąco polecam jej lekturę.
5. "Księga Diny" - Herbjorg Wassmo, Wydawnictwo Smak Słowa
Klasyka powieści skandynawskiej. Główna bohaterka: silna, tajemnicza, niemalże mistyczna. Dina. To zdecydowanie pozycja dla koneserów prozy wyjątkowej, niebanalnej i niełatwej. Tak bardzo warta przeczytania. Zatrzymajcie się przy niej w księgarni na dłużej. Uwaga: na początku 2017 roku premierę będzie miała jej kontynuacja. Nie mogę się doczekać!
4. "Cień góry" - Gregory David Roberts, Wydawnictwo Marginesy
Monumentalna powieść, która podzieliła fanów "Shantaram" - Drodzy Państwo, oto jego kontynuacja, czyli "Cień góry". Mnie absolutnie podbiła. Czas spędzony z nią okazał się cudowną przygodą. Kocham, kocham, kocham!
3. "Paryż" - Edward Rutherfurd, Wydawnictwo Czarna Owca
Zarówno ta pozycja, jak i następna, zajęły ex aequo 2. miejsce. Nie byłam w stanie między nimi wybrać tej, która podobała mi się bardziej. Choć są to powieści o całkowicie innej tematyce, jednakowo wywróciły moje czytelnicze życie do góry nogami. "Paryż" sprawił, że choroba, która dopadła mnie na początku roku była czystą przyjemnością! :-))
2. "Małe życie" - Hanya Yanagihara, Wydawnictwo W.A.B.

O tej pozycji powiedziano i napisano już tak dużo, że jakiekolwiek słowa są tutaj zbędne. Po prostu nie można jej nie przeczytać. Jednak ostrożnie - po niej Wasze czytelnicze życie już nigdy nie będzie takie samo...
1. "Opowieść o miłości i mroku" - Amos Oz, Wydawnictwo Rebis
Mój numer 1. Absolutnie wspaniała powieść Amosa Oza, która stanowi klucz do zrozumienia całej twórczości tego wybitnego izraelskiego autora, wymienianego rok rocznie wśród kandydatów do Literackiej Nagrody Nobla. Jednak jest to pozycja, która potrzebuje poświecenia jej osobnej recenzji, do której naprawdę się przyłożę. Nie mogę poprzestać na lakonicznym komentarzu. Po prostu nie mogę.
Koniecznie zwróćcie na nią uwagę w przyszłym roku!
Mam nadzieję, że dzięki moim sugestiom skusicie się na którąś z wymienionych wyżej książek :-)
To gwarancja wyjątkowych przeżyć, zapewniam :-)


A tymczasem, moi Drodzy, dziękuję za kolejny wspólny rok ♥
Życzę Wam w nadchodzącym 2017 samych czytelniczych perełek ♥♥♥
Wasza Margot